Pozwalam sobie na bycie normalnym rodzicem

6/06/2016

Rafał Rutkowski, aktor i dyrektor artystyczny w niezależnym teatrze Montownia, tata 7-letniej Mai i 3-letniego Kuby. W rozmowie z Agnieszką Walko-Mazurek dzieli się swoimi doświadczeniami i spostrzeżeniami na temat roli ojca.

 

Jesteś ojcem 7 letniej Mai i 3 letniego Kuby. Czy uważasz, że trudno jest być ojcem w dzisiejszych czasach?

Wydaje mi się, że znacznie trudniej niż to było jeszcze w czasach naszych rodziców. Obecnie mężczyzna nadal czuje się odpowiedzialny za rodzinę, ale to, co kiedyś decydowało o jego wartości w związku, czyli zarabianie pieniędzy, a jeszcze wcześniej na przykład siła fizyczna, zupełnie się zdezaktualizowało. Obecnie kobieta sama potrafi się utrzymać, więc mężczyzna musi budować swoją tożsamość w związku na innych wartościach, szukać dla siebie innej roli. Myślę też, że nasi rodzice mieli o tyle łatwiej, że w ich czasach świat nie szedł tak szybko do przodu, nie było aż takiego zalewu informacji. Mogli bazować na pewnego rodzaju wiedzy pokoleniowej, łatwiej było im być autorytetem dla dziecka. Teraz dzieci bombardowane są taką dawką informacji, że jak nie będę się orientował, „co jest na czasie”, to w pewnym momencie przestanę być partnerem do rozmowy dla moich dzieci. Ta świadomość jest dla mnie mocno stresująca.

Maja nie jest twoją biologiczną córką, czy nie miałeś trudności ze znalezieniem się w roli taty?

Jak poznałem moją żonę Magdę, która wtedy mieszkała w Szwecji, to Maja miała wówczas rok i osiem miesięcy. Pamiętam, że poszliśmy razem odebrać ją z przedszkola i wyszło coś takiego małego w kombinezonie i zaczęło do mnie mówić po szwedzku. Potem w domu bawiliśmy się razem i ona mnie od razu zaakceptowała. Właściwie to fakt, że Magda miała dziecko, był dla mnie czymś bardzo pozytywnym. Miałem wtedy 29 lat i czułem, że jestem już na tyle dojrzały, aby wejść w rolę ojca. Zupełnie mnie to nie przerażało, po prostu czułem, że się sprawdzę jako ojciec. Chociaż przyznaję, że pewnie gdybym spotkał Magdę pięć lat wcześniej, to być może nic by nie wyszło z naszego związku, gdyż byłem jeszcze na innym etapie dojrzałości jako mężczyzna.

Uważasz więc, że do roli ojca trzeba dojrzeć?

Tak, na pewno. Ja bardzo szybko zrozumiałem, że to Maja będzie moim przewodnikiem w naszych relacjach. Dziecko ma taki naturalny dar kierowania dorosłym. Ona od początku wiedziała, że ja nie jestem jej biologicznym ojcem, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało, chemia, jaka się między nami wytworzyła, sprawiła, że szybko zaczęła mnie postrzegać jako swojego „prawdziwego” tatę. Myślę, że duża rola w moich i córki początkowych relacjach przypadła żonie, która nigdy nie wpychała mnie na siłę w rolę ojca, pozwoliła, żeby miłość  – moja do Mai i jej do mnie – narodziła się w sposób naturalny.

Nie jest więc prawdą, że miłość do dziecka rodzi się w momencie jego przyjścia na świat?

Na pewno nie jest to prawdą w przypadku mężczyzn. Ja nie widzę różnicy w moich odczuciach do Mai, gdy ją poznałem i do Kuby, kiedy się urodził. Ta miłość do obojga z nich rodziła się w taki sam sposób. Przecież dziecko to jednak początkowo obca osoba i potrzeba czasu, żeby się poznać. Myślę, że wzajemne relacje ojca z dzieckiem decydują o tym, czy jest się tym „prawdziwym tatą” czy nie. Ja czuję się tatą dla moich dzieci w 100%.

Starasz się w taki sam sposób wychowywać córkę i syna?

Staram się tak samo w stosunku do nich postępować, ale oczywiście w naszych relacjach dochodzi do głosu charakter każdego z nich. Więc mimo, że staramy się z żoną wychowywać je tak samo, to fakt, że on jest chłopcem, a ona dziewczynką widać na każdym kroku. Jasno widać ich odmienne zainteresowania, to, jak budują swoją tożsamość płciową w relacjach z otoczeniem. Dla Mai na przykład ważne są stosunki międzyludzkie, relacja ona i inni, Kuba odbiera świat bardziej mechanicznie, jest skoncentrowany na akcji.

Jak spędzasz więc czas ze swoimi dziećmi?

Ponieważ interesują je różne rzeczy, muszę się odpowiednio dostosować, tzn. o czym innym rozmawiam z córką, a o czym innym z synem. Maja na przykład uwielbia, jak opowiadam jej historie z mojego dzieciństwa, chce wiedzieć, jaki byłem jako dziecko, co robiłem. Lubi chodzić ze mną do teatru, siedzieć na widowni i oglądać spektakle. A Kuba jest na etapie zabaw  kolejką i budowania konstrukcji z klocków i chce, abym mu towarzyszył w tych zabawach.

Dużo czasu spędzasz ze swoimi dziećmi?

Pracuję, więc nie mam tyle czasu, ile bym chciał (naturalnie spędzam mniej czasu z nimi niż moja żona, ale wydaje mi się to naturalne). Ważne jest, aby nie utracić kontaktu z własnymi dziećmi. Często wydaje się ojcom, że jak zostają sami z dziećmi, to muszą się zmienić w przedszkolanki, które zapewnią dzieciom atrakcyjne zabawy. A to wcale nie jest tak, tu nie chodzi o zabawianie dziecka, tylko po prostu o bycie z nim. Bo przecież można pracować na komputerze z dzieckiem na ręku, można je wziąć do wózka i pójść na spotkanie ze znajomymi. Ważne, żeby stworzyć taką sytuację, która odpowiada dorosłemu, a jednocześnie jest dobra dla dziecka. Pamiętam z własnego dzieciństwa, że samo przebywanie z ojcem sprawiało mi przyjemność. W mojej rodzinie są obowiązki, które zawsze należały do mnie, na przykład przygotowywanie dzieciom rano śniadania i odwożenie ich do przedszkola. Widzę, że one uwielbiają te codzienne drobne rytuały z tatą, lubią jechać ze mną samochodem, pomimo, że zdarza się, że nie rozmawiamy wiele ze sobą. Jednak nawet te krótkie poranne czynności są dla mnie i dla nich bardzo ważne, bo czasami jest to jedyna pora w ciągu dnia, gdy się widzimy. Zdarza mi się, że jestem z Kubą w piaskownicy i rozmawiam przez komórkę w sprawach służbowych, ale obserwuję syna, macham mu, reaguję na jego słowa. Myślę, że takie wspólne bycie ze sobą, zwłaszcza w tych pierwszych latach życia dziecka, jest niezwykle istotne. Widzi się rozwój swojego dziecka. Co jest zresztą niesamowite. Na przykład zauważyłem, że Kuba wszedł na drabinkę, czego nie umiał jeszcze tydzień wcześniej i nagle poczułem ogromną satysfakcję, dumę z niego, powiedziałem mu o tym, co dla niego było też bardzo ważne, bo upewniło go, że ja, jego tata, wiem coś o jego życiu, że jestem z niego dumny.

Myślisz, że te wasze bliskie relacje przetrwają próbę czasu?

Bardzo na to liczę. Mam nadzieję, że jak Kuba będzie miał 18 lat, to pójdziemy razem na piwo i po prostu sobie pogadamy. Nie chcę, aby nastoletni syn powiedział mi kiedyś „sorry tato, ale nie masz prawa niczego ode mnie wymagać, bo praktycznie nie byłeś obecny w moim życiu”. Staram się więc budować moje relacje z dziećmi od ich najmłodszych ich lat.

Czym różni się twoim zdaniem rola matki i ojca w związku?

Zastanawiałem się kiedyś nad tym, mówi się wiele, że układ w związku powinien być partnerski…tylko co to oznacza? Wydaje mi się, że ta odmienna nieco rola matki i ojca tworzy się w sposób naturalny, a wynika to z pewnych naturalnych cech przypisywanych mężczyźnie i kobiecie. Na przykład uważa się, z czym się zresztą w pełni zgadzam, że mężczyźni – ojcowie są bardziej stabilni emocjonalnie niż kobiety, bardziej racjonalni, konsekwentni w swoim postępowaniu. Potrafią patrzeć na świat z przymrużeniem oka i nie przejmować się drobiazgami. I myślę, że właśnie takie męskie cechy świetnie można wykorzystać w relacjach z dziećmi. Sprawia mi ogromną satysfakcję, gdy mogę moim dzieciom wytłumaczyć, jak coś działa, jak zbudowany jest świat, jak zbudować z klocków jakąś konstrukcję, a one to wszystko chłoną. One wiedzą, że pewnych rzeczy doświadczą tylko z tatą, na przykład pozwalam im na stacji benzynowej myć reflektory i to nic, że po takim ich myciu samochód jest totalnie zabrudzony, pozwalam im, bo wiem, jaką mają z tego przyjemność, a mnie też to na swój sposób bawi. Lubię siedzieć z Kubą w piaskownicy, do czego Magda nie ma zupełnie cierpliwości.

Ponadto, wydaje mi się, że mężczyźni mają w swej naturze zakodowane takie zdrowe lenistwo. Polega to na tym, że ojciec będzie tak kombinował, aby zadowolić i siebie i dziecko. Zdarza mi się, że kompletnie nie mam ochoty bawić się z Kubą, za to chcę sobie obejrzeć mecz w telewizji. Biorę go więc na kolana i próbuję nakłonić do oglądania razem ze mną. Czasami się udaje, a czasami niestety nie. Wtedy włącza się moja kreatywność, jak zrobić, abym ja mógł obejrzeć w spokoju mecz, a jednocześnie aby Kuba był zadowolony. Pozwalam mu na przykład bawić się płytami CD, oczywiście jak żony nie ma w domu, być może jedna płyta ulegnie zniszczeniu, ale patrząc na bilans zysków i strat, to jednak możliwość obejrzenia meczu w tym momencie rekompensuje tę zniszczoną płytę. To jest właśnie zdrowe lenistwo, pozwalanie sobie na bycie normalnym rodzicem, rodzicem z pewnymi wadami. Myślę, że takie zdrowe podejście do spędzania czasu z dzieckiem, chroni przed popadnięciem w paranoję, co się pewnie niektórym zdarza, na każdym kroku odczuwają, że coś tracą, jeśli nie poświęcają niemal całego swego wolnego czasu dziecku.

Nie należy więc twoim zdaniem próbować naginać swojego życia do dziecka?

To nawet nie jest możliwe, bo można by zwariować. Trzeba umieć sobie dać pozwolenie na takie zdrowe lenistwo. Tylko wiedzieć, że nie polega ono na tym, że ojciec wraca z pracy i idzie na kręgle z kolegami. Ważne, aby pozwolić dziecku uczestniczyć w swoim życiu, czyli na przykład zabrać je ze sobą do garażu, może na początku wysmaruje się smarami, rozrzuci narzędzia, ale za którymś razem już się nauczy, że tego nie należy robić, a ojciec nagle odkryje, że ono nie tylko nie przeszkadza, ale stanowi nieodłączną część jego świata. Dzieci bardzo szybko się uczą i dostosowują się do sytuacji, trzeba im tylko pozwolić na próby i błędy.

Skąd czerpiesz wiedzę na temat wychowania dzieci?

Ja w moim ojcostwie w dużej mierze bazuję na wspomnieniach z własnego dzieciństwa. Odtwarzam sobie w głowie różne sytuacje, analizuję je, zastanawiam się, w jakich sytuacjach byłem dumny ze swoich rodziców, a kiedy moim zdaniem popełniali błędy w stosunku do mnie. Pamiętam, że obserwowałem swoich rodziców i wiedzę o świecie czerpałem nie tyle z tego, co mi mówili, ale z tego, jak się zachowywali. Co uświadamia mi, że moje dzieci w taki sam sposób patrzą na mnie i na żonę.

Nie przeraża cię ta odpowiedzialność bycia niejako wyrocznią dla nich?

Uświadomienie sobie, że do pewnego wieku jest się dla dziecka całym wszechświatem, jest oczywiście przerażające. Ja cały czas odczuwam tę przytłaczającą odpowiedzialność, że w dużej mierze moje słowa, zachowanie, reakcje kształtują tego małego człowieka. Jest to szczególnie ciężkie w sytuacjach kryzysowych, czyli wtedy, gdy jestem zmęczony, zirytowany, a w kontaktach z dziećmi często nie da się zastosować reguł, które rządzą światem dorosłych. Nie mogę im po prostu powiedzieć „daj mi spokój”, bo to nie załatwia sprawy. Jednak z drugiej strony ta wielka odpowiedzialność daje siłę, żeby wziąć drugi oddech i spróbować inaczej.

No właśnie, jakbyś miał wymienić trudności, jakie napotykasz będąc ojcem…

Ja właściwie nie znam prawdziwych trudności, bo mam cudowną żonę, która świetnie nad wszystkim panuje i zgadzamy się co do sposobu wychowywania dzieci. Ale słyszę czasami skargi innych ojców, że czują się odsunięci od swoich dzieci, że ich żony – matki nie dopuszczają ich do zajmowania się dzieckiem. Takie ograniczanie ojcu kontaktu z małym dzieckiem, moim zdaniem, odbije się fatalnie na późniejszych ich relacjach.

Zatem duży wpływ na relacje ojca z dzieckiem ma matka….

Myślę, że ogromny. Zresztą to, jak wyglądają relacje między kobietą i mężczyzną w związku, ma, moim zdaniem, wielki wpływ na rozwój i zachowanie dziecka. Uważam, że, aby miało ono poczucie bezpieczeństwa, czuło w rodzicach oparcie konieczne jest wypracowanie tzw. wspólnego frontu wobec dziecka. Czyli nie rywalizowanie, nie zaprzeczanie sobie wzajemne, nie zwracanie się przy dziecku słowami „jaką ty mu dajesz kaszkę!” i tym podobne. Bo w miarę, jak dzieci rosną, to takich spraw, na temat których można dyskutować w nieskończoność, jest coraz więcej, a dzieci muszą wiedzieć, że nie ma miejsca na negocjacje, że jak jeden rodzic mówi tak, to drugi również ma takie samo zdanie na ten temat i po prostu nie ma dyskusji. To jest wspólne budowanie autorytetu rodziców w oczach dziecka.

A ty z żoną tworzycie taki wspólny front?

Staramy się. Ja mam ogromne zaufanie do Magdy, myślę, że ma świetny instynkt jeśli chodzi o podejście do dzieci. Ona wyznacza reguły, a ja dopasowuję się do nich. Mamy jasno ustalone reguły postępowania z dziećmi i obydwoje w miarę możliwości trzymamy się ich. Przede wszystkim nie krytykujemy siebie nawzajem w obecności dzieci. Nigdy nie usłyszałem od żony „jak ty ubrałeś Kubę! Wygląda jak pajac!”, chociaż wiem, że jestem beznadziejny w dobieraniu kolorów i często zapewne Kuba wygląda dziwnie w wybranych przeze mnie ubraniach. Widzę, że Magdę wewnętrznie boli ten mój brak wyczucia w tej kwestii, ale co najwyżej się uśmiecha, widząc moje starania i jestem jej za to bardzo wdzięczny. To, o czym mówię, jest drobiazgiem, ale właśnie z takich nic nie znaczących spraw buduje się wzajemne relacje i przede wszystkim daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji.

Ale przecież zdarza się, że dzieci protestują, próbują negocjować…

Bardzo często, ale jak do tej pory sprawdza się w naszej rodzinie dawanie jasnych komunikatów dzieciom. To znaczy, nigdy nie mówimy „nie, bo nie”, tylko staramy się zawsze wytłumaczyć, dlaczego na coś się na przykład nie zgadzamy. Dzieci mają to do siebie, że łatwo akceptują jasne reguły. Ale oczywiście takie tłumaczenie „dlaczego” wymaga od nas sporo cierpliwości czasami.

A jak to jest z tą cierpliwością u ojców? Nie czujesz czasami, że masz już wszystkiego dość?

Oczywiście, że czuję. Jestem człowiekiem, zwykłym rodzicem i normalne jest, że są chwile, kiedy nie mam już siły na dalsze dyskusje z dziećmi. Wtedy najczęściej mówię „czy możemy zakończyć już tę sprawę?”, ale zawsze podaję przyczynę, najczęściej w stylu „jestem już zmęczony, boli mnie głowa”. Maja to rozumie, z Kubą jest trudniej, bo jest jeszcze mały. Żona ma świetną metodę, mianowicie rozładowuje napięcie poprzez żart, śmiech, a ja tak nie potrafię niestety. Chyba po prostu myślę bardziej racjonalnie, spodziewam się, że jak wyjaśnię Kubie, dlaczego nie powinien zakładać sandałów na śnieg, to on to zrozumie. Ale niestety małe dzieci nie myślą tak racjonalnie, często nie przemawia do nich logiczne tłumaczenie i przyznaję, że czasami czuję bezradność wobec takiego braku zrozumienia z jego strony.

Co jest najważniejsze w twoich relacjach z dziećmi?

Myślę, że wspólne spędzanie czasu, uczestniczenie w ich życiu, bo zdaję sobie sprawę, że jeśli mnie teraz nie będzie z nimi to potem nie będę miał już możliwości nadrobienia tego straconego czasu.

Jakie wartości chciałbyś im przekazać?

Chciałbym, aby moje dzieci miały otwarte umysły, żeby nie bały się świata. Bo z doświadczenia wiem, że człowiek obarczony pewną kulą u nogi, przytwierdzoną niestety najczęściej przez rodziców w jego dzieciństwie, musi wykonać w życiu dorosłym ogromną pracę, zmarnować dużo swej energii, żeby się wyzwolić z wyniesionych z dzieciństwa obciążeń, ograniczeń. A szkoda przecież na to życia.

Jaką masz metodę na zaszczepienie w swoich dzieciach tej odwagi wobec świata?

Uważam, że będą umiały stawić czoła przeciwnościom życia, jeśli w domu otrzymają dużą dawkę miłości i bezpieczeństwa, co rozwinie w nich, mam nadzieję, pewność siebie. A miłość tworzy się w momencie, gdy czują, że są kochane, że jesteśmy dla nich, że chronimy je. I dlatego jestem zagorzałym przeciwnikiem teorii, jaką wyznają niektórzy ojcowie, mianowicie, że dziecko trzeba „hartować” od małego, czyli narażać je niepotrzebnie na zło tego świata po to, aby w przyszłości było „twarde”. Myślę, że to jakieś kompletne nieporozumienie. Przecież dziecko i tak w pewnym momencie zetknie się, najczęściej w szkole, z brutalnością tego świata, więc dlaczego nie oszczędzić mu tego tak długo, jak się da? Tak zwane „hartowanie” dziecka powoduje moim zdaniem tylko to, że staje się ono lękliwe, nieufne, zestresowane i przede wszystkim pozbawione tej pewności, że ma w rodzinie oparcie. W Polsce ta „ochrona dziecka” jest trochę wypaczona moim zdaniem. Rodzic zrywa się na pomoc dziecku, gdy ono się przewróci, a jednocześnie, to szczególnie lubią ojcowie, wrzuca dziecko do basenu, choć nie umie ono jeszcze pływać. Gdy dziecko się czegoś boi, trzeba przytulić, a nie zmuszać.

Uważasz więc, że to, jak dziecko rozwija się emocjonalnie, ma wpływ na jego życie w wieku dorosłym…

Jak najbardziej. Ważne jest, aby rodzice zaszczepili w dziecku tę pewność siebie, aby nie bało się kontaktów z ludźmi. Bo bez względu na to, czym będzie się zajmować, jak dorośnie, to myślę, że to, czy odniesie sukces czy nie, w dużej mierze będzie zależało od cech, które ukształtowały się w nim w dzieciństwie. Wydaje mi się, że to właśnie silna psychika, empatia jest tym narzędziem, które pozwoli moim dzieciom iść w życiu do przodu. Dziecko obdarzane w domu miłością, mające poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli później, na przykład w szkole, spotka się z agresją ze strony rówieśników, to myślę, że pozbiera się emocjonalnie znacznie szybciej niż dziecko, które nie znajduje oparcia w rodzinie. Bardzo chcę zapewnić moim dzieciom taką emocjonalną bazę do dalszego rozwoju, chcę być z nimi, wspierać je, mówić im, że są cudowne.

Z czego jesteś dumny jako ojciec?

Jestem dumny z tego, że moje dzieci tęsknią za mną, że jak wracam z pracy to oboje biegną do mnie i wskakują mi na ręce. Z tego, że chcą mi opowiadać, co się zdarzyło w ich życiu tego dnia. Jestem dumny z naszych wspólnych rytuałów, których nie mają z mamą, że uważają tatę za kogoś do „zadań specjalnych”, czyli rzeczy, które mogą robić tylko ze mną. Widzę, że jestem kimś ważnym w ich życiu, że jestem im potrzebny. I jest to dla mnie ogromny powód do dumy.

Czego nauczyły cię dzieci?

Och, to bardzo trudno powiedzieć. Na pewno przyjście dziecka na świat powoduje, że zmienia się do pewnego stopnia hierarchia wartości, którą się człowiek kierował do tej pory. Myślę, że u mężczyzny naturalną cechą jest dążenie do osiągnięcia sukcesu na polu zawodowym, jednak, gdy rodzi się dziecko, ta pogoń za pieniądzem nagle schodzi gdzieś na dalszy plan. W moim przypadku dzieci niejako przewartościowały moje życie. Teraz w jakiś naturalny sposób potrafię szybko dokonać oceny tego, co jest istotne, a co nie. Gdy byłem sam, często brnąłem w sytuacje, czy to zawodowe czy prywatne, które okazywały się być bez sensu, ale podejmowałem to ryzyko. Dzieci sprawiły, że łatwiej, myślę, przychodzi mi podejmowanie tych właściwych decyzji. Może wiąże się to z tym, że poświęca się im tak dużo energii życiowej, że już nie starcza jej na angażowanie się w jakieś sprawy poboczne, człowiek po prostu nabiera dystansu do wielu kwestii, które kiedyś wydawały się tak ważne.

Czego oczekujesz od swoich dzieci, gdy te będą już duże?

Nie mam jakiś szczególnych oczekiwań. Chociaż myślę, że bardzo chciałbym, aby były dumne z nas – ze swoich rodziców. Aby wiedziały, że zawsze mogą z nami porozmawiać o swoich problemach, wątpliwościach, tak jak to jest teraz. Chciałbym również, aby Kuba wyniósł z domu szacunek do kobiet, aby to, czego nauczy się, obserwując mnie, wystarczyło, żeby był w przyszłości dobrym mężem i ojcem.

Dziękuję za rozmowę.